Słów kilka o: „Pięćdziesiąt twarzy Greya”

Ostatnie trzy posty dotyczyły mnie, mojej przeszłości i decyzji odnośnie edukacji. Chciałem w ten sposób pokazać wam, że nie jest ważne gdzie zaczynamy, ale czy zaczynamy. Idea ta towarzyszyła poprzednim postom i z pewnością będzie się jeszcze pojawiać na blogu, ale nie dzisiaj.

Dziś za to chciałbym się skupić na hicie zeszłego roku, tak zwanym „porno dla mamusiek” czyli „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Oj to był zdecydowany hit, a większość moich znajomych pochłaniało ową książkę wciągu jednego wieczoru. Kompletnie nie rozumiałem tego fenomenu, ale nie czułem też potrzeby aby go zrozumieć. Nie czytałem książki więc się nią nie zachwycałem. Dlaczego jej nie przeczytałem? Nie miałem takiej potrzeby.

Po falach zachwytu rozpoczęła się równie wielka fala hejtów. To raczej zwykłe zjawisko, które było do przewidzenia. Smutne jednak w tym wypadku było to, że książkę krytykowało mnóstwo osób, które nawet jej nie przeczytały. No ale to właśnie charakteryzuje hejterów. Logika, a raczej jej brak.

Od początku było wiadomo, że skoro książka okazała się fenomenem to wkrótce powstanie film na jej podstawie. No i stało się. W walentynki miała premiera jednego z  najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. (Przypominam, ze mamy dopiero luty!). Nie sądziłem, że film jeszcze przed premierą będzie cieszył się aż tak wielkim zainteresowaniem. Publikacja każdego nowego fotosa czy trailera była wielkim wydarzeniem! Mnóstwo artykułów, analiz, komentarzy i wypowiedzi krytyków. Szeroko komentowany dobór aktorów, oczywiście wielka fala krytyki za wybór bezpłciowej Dakoty Johanson. (wcale się z tym nie zgadzam!) i boom, film trafia do kin. Sale pękają w szwach a film odnosi wielki sukces finansowy.

Jednym się podoba, innym nie. Najbardziej jednak śmieszą mnie Ci wszyscy hejterzy, którzy „nie pójdą na Greya bo to i tak kiepski film” – Jak się domyślam żaden z nich nie jest wróżbitą Maciejem więc wiedzieć tego nie może. Zakładanie czegoś z góry i hejtowanie dla samego hejtowania jest dla mnie najgorszą zmorą tego świata. Zamiast samemu zobaczyć film, wyrobić sobie własną opinię i dopiero wtedy ją wygłosić to ludzie wolą z góry skrytykować coś o czym nie mają zielonego pojęcia. Przecież to będzie takie oryginalne. Indywidualiści zasrani. Przepraszam, ale okropnie nie lubię hejterów.

Mimo, że książki nie czytałem to na film się wybrałem. Powiem szczerze, że nie do końca wiedziałem o czym on będzie, ale może to i lepiej. Byłem bardziej zaskoczony i mogłem to wszystko przyjąć na świeżo. Za to moi współtowarzysze wciąż rozważali co było w książce a czego nie było. Ehh… Moim zdaniem film nie jest zły. Nie powiem także, że jest świetny, bo nie jest. Ma w sobie mnóstwo tandetnych scen, przerysowanych do granic możliwości przy próbie zachowania realizmu. Ma też okropną fabułę. Pod tym względem naprawdę zastanawiam się co miała w głowie autorka książki tworząc tę historię. Są też plusy – genialna ścieżka dźwiękowa. Muzyka w tym filmie stoi na najwyższym poziomie a żaden utwór nie trafił tam z przypadku. Moim zdaniem dobór aktorów był naprawdę świetny. Nie zgadzam się z tym, że nie pasują oni do tych ról. (Może pod względem zgodności z książką, ale tego nie wiem bo jej nie czytałem). Plusem jest też humor, który się tam pojawia i mnie naprawdę bawił. Trochę smutne, że Polacy tak nisko oceniają ten film. 5,5 na Filmwebie, naprawdę? Uważam, ze zasługuje na wyższą notę, ale to tylko Polska, czego tu oczekiwać.



Nie czuję, żebym zmarnował 18 zł, które zapłaciłem za bilet. Film mimo wszystko mi się podobał. Niektóre sceny zrobiły na mnie wrażenie (scena z helikopterem, kto widział ten wie o czym mówię) a niektóre przypomniały definicję tandety, ale to dobrze. Tak właśnie powinno być w tego typu filmach. Zakończenie naprawdę dziwne dlatego już wiem, że drugą część za rok również zobaczę. A wszystkim – którzy jeszcze się wahają – polecam. Będziecie chociaż uczciwi i sami zdecydujecie o opinii na temat filmu „Pięćdziesiąt twarzy Greya